Up Ptaki » Pokrewne » Jesienne ptaki w Chicago » Bernikla kanadyjska Prev Next

Bernikla kanadyjska

          Napatrzywszy się w Holandii i Anglii cudów Zachodu, car Piotr I - zwany Wielkim, postanowił sprowadzić do Rosji zachodnią cywilizację, tudzież tamtejszych fachowców. Działo się to na przełomie XVII i XVIII wieku. W tym też mniej więcej czasie zamożni Anglicy, napatrzywszy się cudów ciągle nowej Ameryki Północnej, postanowili sprowadzić do Anglii... gęś! Cóż to jednak była za gęś! Wspaniała! Ogromna! Gdzież tam naszym (angielskim) gęsiom równać się z nią!

          Nawet poczciwa gęś gęgawa, choć to słusznej postury ptaszysko, nijak się mierzyć nie mogła z berniklą kanadyjską (Branta canadensis). Jakby bowiem nie dość jej było wybujałej obfitości ciała, bestyjka owa miała i powierzchowność nader gładką. Dumnie wznosząc swą czarną, długą szyję, zawróciła w niejednej chłodnej głowie angielskiego pięknoducha pożądającego tego szlachetnego widoku na sadzawce w swej posiadłości, ale też w gorącej głowie angielskiego myśliwego widzącego ją oczyma duszy pośrodku półmiska.

Rys. Paweł Koźniewski

          Tak oto rozpoczęła się europejska kariera tego północnoamerykańskiego przybysza, dziś traktowanego bez mała, jako zapasowe godło Kanady. Kolejne zastrzyki świeżej krwi w Anglii, Irlandii, Walii i Szkocji, a poczynając od końca lat dwudziestych naszego wieku również w Szwecji, Norwegii i Finlandii, spowodowały jednak, że powoli doczekaliśmy się - jakkolwiek by to dziwnie brzmiało - europejskiej bernikli kanadyjskiej. Bądźmy jednak uczciwi w stosunku do naszych szarych gąsek i z dawien dawna europejskich bernikli obrożnych i białolicych. Nie każda bernikla kanadyjska pasowałaby do przedstawionego tu, wyidealizowanego wizerunku. Okazuje się bowiem, że w swych stronach rodzinnych gąska ta nie zawsze przypomina miss-gęś. Mieszkająca na Alasce bernikla kanadyjska, nie bez kozery zwana minima, mogłaby uchodzić za karykaturę bohaterki tej opowieści: krępe to to i nie większe od naszej dzikiej kaczki krzyżówki. Nawiasem mówiąc, nie ma chyba drugiego ptaka, który w ramach jednego gatunku, aż tak bardzo różniłby się wielkością. Nasza bohaterka jest niestereotypowa również dlatego, że dokładnie na przekór odkrytej przez biologów i ponoć dobrze udokumentowanej regule, spośród jej pięciu, czy nawet sześciu odmian, ciemniejsze i mniejsze mieszkają na północnych krańcach Ameryki Północnej, a jaśniejsze i większe - dalej na południe. Nie wnikając w te subtelności, musimy przyznać, że angielscy importerzy wybrali najpiękniejszą z nich. Przyjrzyjmy się jej bliżej i my.

          Aby nie tracić zbyt wiele czasu na poszukiwanie naszej bohaterki, najlepiej zrobimy udając się nad położony na nizinie, częściowo osłonięty grupami drzew, zbiornik wodny, którego tafla nie będzie nazbyt przykryta wynurzającą się spod powierzchni roślinnością. Do położonej na jego środku wysepki powinien być zapewniony odpowiedni korytarz powietrzny. Wskazana jest również bliskość spokojnych łąk, pełnych soczystych traw i wonnych ziół. Zdawać by się mogło, iż nasza bohaterka bywa kapryśna w wyborze miejsca zamieszkania. Nic bardziej złudnego. Opisane miejsce to nieosiągalny zazwyczaj ideał. Nasza gąska jest osóbką nader praktyczną; jeśli nie ma tego, co lubi najbardziej, zadowala się tym, co łatwiej dostępne. Stąd natknięcie się na jej gniazdo w gęstej tundrze staje się równie prawdopodobne jak na skalistej pustyni. Nikogo też nie dziwi już widok bernikli kanadyjskiej w bezpośrednim sąsiedztwie człowieka. Te nieco majestatyczne stworzenia napotykane np. w wielu parkach Londynu nierzadko są ptakami "prawdziwie" dzikimi. Ściślej mówiąc, ptakami, których - tak jak naszej krzyżówki - nikt nie zmuszał do zamieszkiwania w tych warunkach.

          Choć tchnie to schematyzmem, naszą bohaterkę przedstawimy poczynając od matowo-białego lub kremowego jaja, które zostało złożone - najczęściej wraz z czworgiem lub pięciorgiem "rodzeństwa" - do stosunkowo dużego i umiarkowanie wygodnego gniazda. Kołyska owa, posadowiona na fundamencie z gałęzi, najczęściej jest zbudowana z liści, ździebeł traw i trzcin, a wysłana kilkoma gęsimi piórami. Rozglądając się za tą ponad półmetrowej średnicy i wysoką na 20 cm konstrukcją, często natkniemy się na nią u podnóża drzewa rosnącego nie dalej niż 30 m od brzegu wyspy.

          Jako, że troska o domowe ognisko to rzecz niewieścia, pan bernikla kanadyjski sposób urządzania domostwa w zasadzie pozostawia małżonce. Nie wtrąca się także do wysiadywania jaj, które trwa blisko miesiąc. Mimo że kolejne jaja lądowały w gnieździe co 24-48 godzin, maleńkie berniklątka przychodzą na świat jak na umówiony sygnał - niemal jednocześnie. Spojrzenie w tym czasie na termometr niejednego przejęłoby dreszczem. Nasze dzielne buro-żółte puchowe kuleczki, z jasną jeszcze szyjką, niemal natychmiast po obeschnięciu opuszczają domowe pielesze. Pod czujnym okiem rodziców rozpoczynają skubanie smakowitej młodej trawki. W chwilach przerwy lubią ogrzać się w piórach swej urodziwej rodzicielki. Rezolutne berniklaczki nie mogą narzekać na brak towarzystwa. Przychodzą bowiem na świat w kolonii lęgowej. W brytyjskich - jak miejscowa tradycja nakazuje - wyspiarskich warunkach, kolonie te przypominają nieco luźno zbudowaną wioskę, w której każdy gospodarz ma swoje, położone na wyspie domostwo i nieco łąk do oskubania (na stałym lądzie naprzeciw wyspy). Mamy tu do czynienia z gospodarzami małorolnymi; powierzchnia łąki przypadająca na rodzinę nie przekracza 2 000 m2. Dochodzi jeszcze nieco ziemi wokół gniazda (w promieniu 50 m) i to wszystko. Zdawałoby się, że nie ma się o co bić. Z berniklego punktu widzenia wygląda to jednak inaczej. Wojny o miedzę są na porządku dziennym. Nierzadkie są również spory graniczne z innymi gęsimi mieszkańcami kolonii: gęgawą i z rzadka, z gęsią zbożową. Doświadczenia bojowe, zdobyte w tych utarczkach pozwalają na skuteczne przepędzenie drapieżnych smakoszy gustujących w młodej gęsinie, a nawet - równie niemile widzianych w kolonii - intruzów z gatunku Homo sapiens.

          Pod troskliwym rodzicielskim parasolem ochronnym młodzież porasta w piórka, zajmuje jej to półtora miesiąca. Pilnie dotąd strzeżone granice terytoriów poszczególnych par zaczynają się zacierać. Okazuje się wówczas, że nasza bohaterka to stworzenie jakby urodzone (czyt. zniesione) do życia w gromadzie, w której bez trudu można wyodrębnić trzymające się razem rodzinki, wskazać pary dorosłych, które w danym roku nie doczekały się pociech i te, które okazały się nie dość dorosłe, by w ogóle myśleć o potomstwie. Taka gromadka zbiera się najczęściej w okolicy zapewniającej nieskrępowane skubanie trawy, przytulne noclegowiska i miłe, najczęściej płytkie kąpieliska.

          Szykujące się do zimy, bądź już zimujące stada bernikli kanadyjskiej to społeczności świetnie zorganizowane. U podstaw każdej organizacji leży porządek. Ustalenie go w stadzie naszych bohaterek nie przebiega, niestety, ani dżentelmeńsko, ani szybko. Codziennie, zwłaszcza przed odlotem na żerowisko, bądź tuż po powrocie na noclegowisko, nasze mile gąski przemieniają się w złośliwe jędze, potrafiące porządnym szczypnięciem wskazać właściwe miejsce w hierarchii zadzierającemu dzioba pariasowi. Mimo że postronny obserwator z łatwością zauważy, iż w utarczkach największą siłą dysponują rodziny wielodzietne, a na samym końcu lokują się niezrzeszeni soliści. Nie brak ambitnych bernikli niedowiarków, które o tych oczywistych zasadach muszą przekonać się na własnej skórze. Rzut oka na skandynawskie kolonie bernikli kanadyjskiej zdawałby się wskazywać, że tamtejszy chłodny klimat studzi emocje naszej bohaterki. Kolonie są bardziej zwarte, swady rzadsze. Wrażenie to jednak pryska zimą. Skandynawki podszczypują się równie niemiłosiernie jak Brytyjki. Okazuje się, że nie chodzi tu o żadne zmiany charakterologiczne. Skandynawskie kolonie są położone w skalistych okolicach obfitujących w rozmaite przeszkody terenowe, które uwalniają nasze bohaterki od konieczności bezustannego spoglądania na przebrzydle dzioby sąsiadów. Łatwiej wówczas o zimną krew. Dzięki porywczej naturze, zawsze czujni i gotowi do boju panowie bernikle kanadyjscy stają się jednocześnie znakomitymi strażnikami stada. Pożywiające się pod tą opieką panie i dziatwa są znacznie spokojniejsze o swój los.

          Przejawy niechęci do bliźnich zwielokrotniają się wówczas, gdy w berniklich młodzieńcach zaczyna żywiej krążyć krew na widok każdej napotkanej - chciałoby się rzec "białogłowy". Dzieje się to zazwyczaj wówczas, gdy dojrzałe ptaki dają wolną rękę (czyt. skrzydło) dorastającej dziatwie i same zajmują się ponownym podtrzymywaniem gatunku.

          Zaloty naszych jednorocznych bernikli to tylko - rzec by można - forma wyszumienia się młodości i okazja do pierwszych doświadczeń. Na prawdziwą decyzję o wyborze partnerki na resztę życia przyjdzie czas dopiero za rok. Wówczas to, po okresie zimowego "chodzenia ze sobą", młodzi wstępują na ślubny kobierzec. By jednak do tego doszło, muszą znaleźć dla siebie nieco przestrzeni życiowej, o którą należy stoczyć prawdziwe batalie z innymi reflektantami. Starsze pary mają życie łatwiejsze, wracają do starych lęgowisk i niejednokrotnie zajmują zeszłoroczne gniazda, nieznacznie je tylko porządkując i modyfikując. Młodzi, a ściślej: młode, muszą zbudować gniazdo od podstaw. Ciąg dalszy w zasadzie juz znamy.

          Warto jednak wspomnieć, że obraz dzieciństwa bernikli kanadyjskiej nie zawsze jest aż tak sielski, jak to nakreśliliśmy wcześniej. Mimo wojowniczej natury naszej bohaterki, w kolonii zdarzają się przeróżne nieszczęścia i niejednokrotnie konieczne okazuje się powtórzenie utraconego lęgu lub - co w ptasim świecie nie jest wyjątkiem - zaadoptowanie dziecięcia sąsiadów.

          Nieszczęścia nie omijają również ptaków dorosłych. Badacze berniklego żywota twierdzą, że tylko około 80% dorosłych ptaków ma szansę doczekać kolejnej wiosny, a wieku matuzalema 23 lat - dożywają tylko bardzo nieliczne.

          Każdemu, kto poznał bohaterkę tej powieści w jej północnoamerykańskich stronach ojczystych, zabrakło w naszej relacji opisów corocznych imponujących migracji stad tych wspaniałych ptaków. Nie było to jednak przeoczenie. Europejska bernikla kanadyjska, o której pisaliśmy, to najczęściej klasyczny sybaryta pławiący się w przepychu i zbytku wspaniałych terenów, których porzucanie na zimę byłoby niczym nieuzasadnioną fanaberią. Stąd też zarówno brytyjskie jak i skandynawskie populacje naszej gąski, których jesienno-zimowe wyskoki na niemieckie pastwiska trudno uznać za poważną migrację, w zasadzie uważa się za osiadłe. Amerykanki okazują się, pod tym względem, większymi tradycjonalistkami. Nie zapominają, do czego naprawdę służą skrzydła, dzięki czemu zimową porą klucze tych wdzięcznych istot cieszą oko estetów nawet nad Zatoką Meksykańską.

          Tradycja nie zawsze idzie w parze z wyzwaniami współczesności. Stąd też również na północnym wschodzie USA wykształciła się nieduża osiadła populacja, którą w samych tylko stanach: Nowy Jork i New Jersey oraz w Nowej Angłii szacuje się na 20 tys. ptaków, czyli mniej więcej tyle, ile liczy całe europejskie stadko bernikli kanadyjskiej. Amerykańskie bernikle kanadyjskie zaczęły traktować człowieka jako istotę wprawdzie zdradziecką i nieobliczalną, ale mimo wszystko niezbyt groźną. Wygląda więc na to, że po dość dramatycznym spadku liczebności tej ozdoby jezior i łąk, obserwowanym jeszcze w latach trzydziestych naszego wieku, bernikla kanadyjska odbiła się od dna (choć w rzeczywistości nurkować nie potrafi) i coraz wyraźniej pnie się w górę. Mądrale, którym wydaje się, że wiedzą czemu nasza gąska zawdzięcza swój sukces, twierdzą, że zdecydowało o tym przede wszystkim wtargnięcie przez bernikle pochodzące z hodowli oraz towarzyszące im prawdziwe dzikuski - do stworzonych przez człowieka parków i ogrodów, pozbawionych liczących się drapieżników (również wyposażonych w strzelby). Coraz częstsze wizyty bernikli kanadyjskiej na terenach, które człowiek tworzył, jak mniemał dla siebie, po okresie zachwytu dziką przyrodą, stały się wkrótce prawdziwym utrapieniem. Przykładem może tu być maleńkie Morristown w stanie New Jersey, które na bezskuteczną walkę z uciążliwym skrzydlatym okupantem parków, skwerów, pól golfowych i innych wypielęgnowanych skrawków zieleni wydaje rocznie kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Jeśli jednak ktoś myśli, że ma za przeciwnika zwykłą głupią gęś, srodze się myli. Bernikla kanadyjska za nic ma sobie strachy na gęsi, płoszenie nagranymi głosami zatrwożonego stada lub kolorowymi balonami. zbiorową odmowę dokarmiania i inne równie niepoważne ludzkie pomysły. Jakby kpiąc sobie z nas. w okresie prawdziwego zagrożenia - w sezonie polowań - jeszcze bardziej lgnie do siedzib ludzkich, w obrębie których jest naprawdę bezpieczna.

          Coraz spokojniejsi o los bernikli kanadyjskiej, której hordy włączają do swego imperium nowe połacie Ameryki Północnej i Europy, a jeszcze w 1879 r. uchwyciły (z ludzką pomocą) przyczółki nawet na Nowej Zelandii, zaczynamy z pewnym niepokojem oglądać się za innymi gąskami, które nasza bohaterka w swym tryumfalnym pochodzie może z łatwością wyprzeć z ich małych ojczyzn. Miejmy nadzieję, że polskie doświadczenie nie potwierdzi tych niepokojących przypuszczeń i że wypuszczone na Pomorzu przez niezbyt odpowiedzialnych myśliwych, te piękne i przyjazne (częściowo oswojone) istoty, pomyślane jako przyszłe tarcze strzeleckie(!), nie staną się groźne np. dla naszej poczciwej gęgawy.

          Piotr Wielki sprowadzi I cudzoziemców i Rosja urosła w potęgę. Europejczycy sprowadzili gęś i to ona rośnie w siłę.

Artykuł został opublikowany w czasopiśmie Poznaj Świat nr 3/1995 (461)


Wygenerowane przez JAlbum 10 & Chameleon | Oprawa: HMS | Gżegżółka | Strona główna