Powrót do książek Hoacyn

          Mekką i cichym marzeniem każdego szanującego się ornitologa jest Ameryka Południowa. Trudno się temu dziwić, skoro ten najbardziej chyba zróżnicowany klimatycznie kontynent zamieszkują wyjątkowo zahartowane w mroźnych prądach pingwiny, ale także nadzwyczaj ciepłolubne tukany. Spotkamy tu miniaturowe kolibry i ogromne strusie nandu, majestatyczne, lecz stosunkowo skromnie ubarwione kondory i figlarne, bajecznie kolorowe papugi. Z ogromnej ilości ponad trzech tysięcy gatunków najdziwniejszym chyba stworem jest bohater naszej opowieści. Dość powiedzieć, że lubujący się w ścisłości naukowcy, spotkawszy go, bezradnie rozłożyli ręce. Hoacyn Opisthocomus hoazin, zwany też z polska nie wiedzieć czemu - kośnikiem, pozwolił uważać się zarówno za krewniaka żurawi, jak kuraka, gołębia czy przedstawiciela jeszcze pięciu innych ptasich rodzin. Żeby było śmieszniej, dopiero sięgnięcie - metodami biochemicznymi - głębiej jeszcze niż do wnętrza nieszczęśnika, pozwoliło na ustalenia, że mamy do czynienia z kukułką!

Rys. Paweł Koźniewski

          Czymże nasz bohater zasłużył sobie na tyle kontrowersyjnych i często przeciwstawnych ocen? Badacze. a za nimi rozliczni popularyzatorzy wiedzy. Zgodnym chórem stwierdzili, iż ptak ten swoim pokrojem nie przypomina żadnego ze znanych ptaków - tak europejskich, jak i egzotycznych. Postron-
nemu obserwatorowi wyda się, że sprawa została postawiona na głowie. Otóż hoacyn odwrotnie do za-
cytowanej opinii, przypo-
mina wiele znanych ptaków. Osobliwie zaś mieszkające z nim po sąsiedzku czubacze. By lepiej poznać naszego bohatera udamy się w dorzecze Amazonki lub Orinoko. Spotkamy go w półmroku prześwietlonego promieniami słońca, poło-
żonego nad starorzeczem lasu galeriowego. Na nizinnym bagnie lub na obrzeżu leśnego jeziora. Ujrzawszy na gałęzi przyciężkie ptaszysko, którego barwa zmienia się w zależności od kąta padania promieni słonecznych, stwierdzimy, iż zachowuje się ono jak nie przymierzając - krowa na pastwisku. Siedzi to to na gałęzi rośliny z rodziny obrazkowatych I metodycznie pozbawia ją liści. Zadziwiające upodobanie do objadania się twardą i ciężko strawną zieleniną zmusiło naturę do wyposażenia naszego bohatera w narządy ułatwiające pokonywanie oporu skórzastych liści. Dociekliwi naukowcy dobrawszy się do hoacyna, z niemałym zdziwieniem stwierdzili, że ma on wprawdzie dwa, ale niezwykle małe - jak na ilości pochłanianej paszy zielonej - żołądki. W zamian za to wole hoacyna osiąga rozmiary monstrualne: jest pięćdziesięciokrotnie większe od żołądka i stanowi 13 proc. wagi całego ptaka.

          Przyjrzawszy się - z niejakim wstrętem spowodowanym wysoce niemiłą wonią wolu naszego bohatera, stwierdzilibyśmy, że nasze wcześniejsze przyrównanie go do krowy wcale nie było obraźliwe. Współpracujące w dziele trawienia hoacynowe wielkie wole i jego dwa żołądki przypominają wielokomorowy żołądek krasuli. Zasadnicza różnica polega na tym, że ona wysyła trawiasty półprodukt do ostatecznego strawienia, po doskonałym roztarciu zębami. hoacyn natomiast, z braku takowych, rozdrabnia połknięte liście specjalnymi rogowymi tarczkami w sw0im wolu. Dzięki temu strawienie półpłynnej sieczki w skromnych żołądkach nie sprawia żadnych problemów. Wprawdzie natura fundując taki mało typowy w ptasim świecie wynalazek była dla naszego bohatera hojna, jednak zasada "coś za coś" nie utraciła swej mocy. Ogromne wole zajęło prawie całe miejsce przeznaczone na muskuły, którymi inne ptaki poruszają skrzydła. Stąd też osiągnięcia hoacyna w dziedzinie awiacji powodują, że co ambitniejsza kura podfruwajka śmiało mogłaby stawać z nim do konkursu w sztuce latania. Ciężkość naszego ptaszyska to jednak tylko wrażenie. W rzeczywistości istota tak słusznych rozmiarów (długa na ok. 60 cm) waży niespełna kilogram.

Rys. Paweł Koźniewski

          Niskokaloryczna dieta roślinna w niewielkim tylko stopniu uzupełniana o drobne stworzonka chwytane bez opuszczania gałęzi, powoduje, że zaspokojenie nieprzeciętnego apetytu zmusza łakomczucha do spędzania na pastwisku mnóstwa czasu. Nasyciwszy się wreszcie, hoacyn dokonuje akrobacji: wdrapuje się na stosunkowo wysoką gałąź i szybując, bądź niezdarnie trzepocząc skrzydłami, sfruwa w kierunku drzewa. na którym zbudował gniazdo. Lądując u celu swojej "śmiałej eskapady powietrznej" (ok. 50 m), rozpościera szerokie, okrągłe skrzydła, olśniewające wspaniałym kasztanowym podbiciem i ostro hamuje brzuchem o gałąź. Od tego typu "brzuchowań", a przede wszystkim od ulubionej pozycji spoczynkowej: na brzuszku, naszemu bohaterowi wytworzył się w tym miejscu na nieopierzonej skórze stwardniały i bardzo przydatny modzel. Znalazłszy się na upatrzonym i z takim trudem osiągniętym drzewie, hoacyn całkiem dziarsko wspina się po gałęziach w kierunku gniazda. Wyrażając się eufemistycznie, jego domostwa nie nazwiemy majstersztykiem architektury gniazdowej. Mówiąc szczerze mamy do czynienia z garstką chrustu niedbale rzuconą na gałąź. Dzieło- obojga małżonków jest płaską platformą umieszczoną na gałęzi pochylonej nad mętną, stojącą lub leniwie płynącą wodą. Podpłynąwszy pod takie gniazdo możemy bez większego trudu zorientować się, na jaką liczbę potomstwa zdecydowali się państwo hoacynowie. Przez ażurową podłogę nietrudno bowiem dostrzec leżące w gnieździe białawe, brązowo lub fioletowo nakrapiane jaja. Zazwyczaj jest ich nie więcej niż trzy. Zdarzają się jednak ambitniejsze rodzinki decydujące się na pięcioraczki. Nie brakuje też minimalistów, którzy poprzestają na bliźniętach. Obowiązkami rodzicielskimi małżonkowie dzielą się po partnersku. Ogrzewając i ochraniając jaja, regularnie zmieniają się w gnieździe. Po 28 dniach zaczyna rozbrzmiewać radosny gwar, a mówiąc ściślej: syczenie dziatwy. Nastaje teraz okres gorączkowej krzątaniny. Rodzice dwoją się i troją, by obskubać jak najwięcej liści, sporządzić z nich w wolu stosowną kiszonkę i nakarmić tę niekoniecznie najpożywniejszą strawą młodziaki.

Rys. Paweł Koźniewski

          Po kilku dniach ciałka maluchów pokrywają się puchem, w którym hoacyniątka wyglądają jak małe, brunatnorudawe, dziobiaste małpki. Tak wystrojone stają na niepewnych jeszcze nóżkach i zaczynają wędrówki po i wokół rodzinnego gniazda.

          Mimo iż gniazda naszych bohaterów są zawieszone (pojedynczo lub w niedużych koloniach) na wysokości 1.5-5 m nad wodą zdarza się, że zakradnie się do nich drapieżnik. W przypadku każdego innego ptasiego maleństwa - tragedia gotowa. Nasze hoacyniątko, nie bacząc na otwierającą się poza krawędzią gniazda otchłań, rzuca się w nią bez namysłu (inna rzecz, że czasami wpada w nią z bezmyślności). To małe, bure stworzonko znakomicie pływa i nurkuje, na co jego rodzice - od dawna już zapomniawszy o tej umiejętności - patrzą zapewne z przerażeniem i odrazą. Kilka zgrabnych ruchów skrzydełek i nóżek i maleństwo kryje się w zakamarkach korzeni drzewa. Po usłyszeniu "umówionego" sygnału od rodziców odwołującego alarm, hoacyniątko wprawia nas w zupełne osłupienie wdrapując się samodzielnie do rodzinnego gniazda. Drepcząc i wspinając się po gałązkach chwyta się ich nie tylko pazurkami nóżek, lecz również - podobnie jak to czynią papugi - dziobem i... pazurkami skrzydełek! (chciałoby się rzec: rączek). To nie przejęzyczenie, nasze maleństwo, w odróżnieniu od swoich rodziców, a podobnie do np. młodych i dorosłych skrzydłoszponów czy długoszponów wyposażone jest w te przydatne narzędzia, które stały się przyczyną kolejnych bezsennych nocy i zażartych sporów uczonych mędrców. Czyż bowiem te dwa pazurki (według ssaczej, płaziej i gadziej miary na pierwszym i drugim palcu) to nie żywy dowód na pokrewieństwo gadów i ptaków?! Czy nie jest oczywiste, że nasze hoacyniątko dzielnie wspinające się do gniazda to żywa skamielina, potomek - w najprostszej linii - praptaka archeopteryksa?! Sceptycy są zgodni: "nie". Ich zdaniem nasz ptak jako typowy zagniazdownik, spędzający dzieciństwo poza gniazdem, musiał zostać w młodości wyposażony w pazury ponieważ bez nich zupełnie nie mógłby poruszać się po ulubionych ścieżkach biegnących wyłącznie wzdłuż gałęzi. Inne zagniazdowniki wiedzione w świat przez rodziców podążają za nimi albo po lądzie (jak choćby kurczęta), albo po wodzie (jak kaczęta). Nie wdając się w spór czy pazurki hoacyniątek to wspomnienie dalekiej przeszłości, czy też szczytowe osiągnięcie w przystosowaniu do życia na gałęziach, powróćmy do naszej hoacyniej rodzinki.

          Po 14 dniach od przyjścia na świat młode hoacyniątka zdają się być gotowe do startu w samodzielniejsze życie. Daleko im jednak do wyglądu dorosłych. Jak na złość maluchom, ociągają im się z wyrośnięciem na całą długość wspaniałe pióra w skrzydłach i imponujący ogon. Te "braki" są szczególnie widoczne, gdyż dorosłe hoacyny nigdy nie tracą swych imponujących kształtów, jako że zużyte pióra - inaczej aniżeli większość ptaków - wymieniają po jednym. Kiedy jednak wreszcie młodzian porośnie w piórka, nie sposób odróżnić niespełna rocznego hoacyniaka od starego hoacyniska.

          Nasz bohater gromadzi się wówczas wraz z 20-40 podobnymi mu, bardzo gadatliwymi ptaszyskami i prowadzi jak najdosłowniej konsumpcyjny tryb życia. Z nastaniem pory deszczowej zaczyna rozglądać się za partnerką, z którą zamierza zawrzeć roczny lub kilkuletni kontrakt małżeński, wybudować liche gniazdo i począć kolejne pokolenie dziwaków. Niektórzy ornitolodzy poddają jednak w wątpliwość taki przebieg wydarzeń. Twierdzą oni, że i owszem model hoacyniej rodzinki 2 + 3 jest rozpowszechniony, ale znane są również stadła, a raczej komuny, o formule 6 + 5(7). Dzieje się tak ponoć wówczas, gdy kilka pań hoacynowych uzna, że istniejące już czyjeś gniazdo jest najwspanialszym miejscem do złożenia jaj. Obserwacje zdają się potwierdzać, że ten pomysł nie jest zły. Każdym maluchem w potrzebie mogą zająć się nie tylko rodzice, ale na przykład także wujowie i ciotki.

          Przyjrzawszy się bliżej bohaterowi naszej opowieści. Zauważymy, że jest to stworzenie - jak większość "przeżuwaczy" - dobroduszne. Zastanawiające wydaje się, jakim cudem to duże, słabo latające, roślinożerne ptaszysko nie skończyło dotąd na rożnach tubylców i w paszczach drapieżników. Przyczyn jest kilka, oprócz niedostępności gniazd i sprytnego salwowania się ucieczką młodych hoacyniątek, jest jednak jeszcze jedna cecha, która powoduje, iż hoacyna trudno sobie wyobrazić jako "coś z mięs": nasz przyjaciel roztacza odrażającą woń. Stąd jego dźwięczna lokalna nazwa "śmierdziel". Poważni naukowcy twierdzą, iż cały ten fetorek pochodzi z rozkładających się w wolu szczątków roślinnych. Po których usunięciu hoacynina jest znakomitym mięskiem.

          Ewolucja wyprodukowała kukułkę dziwaka o bardzo ściśle sprecyzowanych i konserwatywnych poglądach na otaczające środowisko i preferowaną dietę. Jeżeli zabrakłoby mu tego, co polubił najbardziej i do czego w tak zdumiewający sposób przystosował się, z pewnością nie potrafiłby odnaleźć się w innych warunkach. Może jednak jego pomysł na życie okaże się trafieniem w dziesiątkę?

Artykuł został opublikowany w czasopiśmie Poznaj Świat nr 7/8 1995 (465/6)


Wygenerowane przez JAlbum 10 & Chameleon | Oprawa: HMS | Gżegżółka | Strona główna